CZARNA WODA - GALERIA "OSTOJA"


22 listopada 2000 r. w Czarnej Wodzie MIchał Ostaja-Lniski otworzył galerię sztuki "Ostoja". Obecnie ją rozbudowuje - ma być elementem większego zamierzenia: restauracji połączonej z galertią. Niżej zamieszczamy wywiady i inne materiały prasowe, jakie ukazały się na jego temat. Teksty mogą zainspirować do twórczego działania.
(...)


Michał Ostoja-Lniski mieszka
dokładnie na drugim kilometrze od berlinki przy ulicy Leśnej. Właściwie to mieszka już w lesie, kto wie czy nie bliżej Zimnych Zdrojów niż centrum miasteczka. Jadę ulicą Leśną mijając z rzadka pobudowane domy. Zupełnie ja w Podkowie Leśnej pod Warszawą.
Dyskutujemy o tym i owym, na ogół o kulturze. I oczywiście o jego projekcie.
- Kiedy utworzyłeś Galerię „Ostoja”?
– Powstała w 2000 roku. Jeszcze w poprzednim tysiącleciu.
- Ale wcześniej miała być bodajże galeria aniołów. Pisaliśmy już nawet o Czarnej Wodzie jako o przyszłym kociewskim Mieście Aniołów. To miała być wspólna praca w gminą...
- Rzeczywiście, na początku chciałem to robić z Urzędem Miasta. I faktycznie to miała być galeria aniołów i muzeum aniołów. Potem doszedłem do wniosku, że lepiej robić to samemu.
- Nie dało się zrobić tej inwestycji we współpracy z urzędem miasta?
- Może i by się dało. Pomysł był pozytywnie zaopiniowany przez radę miejską, ówczesny burmistrz Andrzej Grzyb był zdecydowanie za. Skończyło się na tym że gmina zrobiła chodniczek i podłogę w środku galerii.

- Dlaczego jednak, jeżeli miasto ten temat podjęło, nie robiłeś galerii wspólnie z miastem? Rozszerzam pytanie. Nie da się takich przedsięwzięć robić we współpracy z samorządami?
- Mówię o Czarnej Wodzie. Przeraziłem się, że będę pracować z urzędnikami, że byłoby – tak to określę - parcie na linii programowej... Myślę, że taka współpraca jest możliwa, ale w moim przypadku byłoby to trudne, bo mam silnie wyrzeźbione akcenty wolnościowe (śmiech). Dlatego w końcu nie zwracałem się do nich o pomoc. Ale byłem tak zdeterminowany, że po prostu zrobiłem to sam. Determinacja jednego człowieka może wyzwolić wielką siłę. Determinacja, dla której nadrzędnym celem jest realizacja jakiegoś marzenia. Jeżeli ktoś woli mieć samochód za 10 tysięcy złotych, to się do tego nie nadaje. taki ktoś musi wiedzieć, że na końcu jeszcze trzeba ten samochód sprzedać.

- Ale gdzieniegdzie taka współpraca owocuje.
- Oczywiście. Gminy mają przecież większe możliwości. To one na przykład robią plany zagospodarowania gruntów, to one mogą te grunty pozyskiwać i sprzedawać, mogą też rozmawiać z poważnymi podmiotami, na przykład z Krajową Dyrekcją Dróg i Autostrad, co w przypadku Czarnej Wody, leżącej przy berlince, jest bardzo ważne. Oni mają dużo większe możliwości przy załatwianiu jakichś spraw.

- Z drugiej strony gminy realizują plany,
a plany na ogół nie zostają zrealizowane, a o wiele większą szansę na realizację mają marzenia. A marzenia mają jednak osoby działające jako osoby prywatne. Marzenia związane z realizacją pomysłów z pogranicza szaleństwa. Uważam, że takie miejscowości, jak Czarna Woda, gdzie ludzie się nie spotykają, gdzie panuje apatia, zniechęcenie, że takie miejscowości mogą uratować pomysły z pogranicza szaleństwa. Niestety, za mało się zwraca na takie pomysły uwagi. Samorządy mogłyby pomóc choćby wspierając ideę spółdzielczości. W ten sposób można by wybudować w Czarnej Wodzie skansen. Marzę o skansenie. Budowa restauracji nie jest moim największym marzeniem. Poza tym wspólne działanie ma tę przewagę, że nie musisz się szamotać sam. Samemu możesz się wypalić. Po prostu nie wystarczy energii.

- Cztery lata temu kandydowałeś na burmistrza. Teraz dałeś sobie spokój?
- Chciałem kandydować, ale w maju ubiegłego roku przyszło zawiadomienie, że wygrałem konkurs na swoje przedsięwzięcie.
- Powiedz cos więcej o tym przedsięwzięciu, bo na razie mówiłeś o restauracji. A jak to tak – rzeźbiarz, twórca galerii będzie kucharzem?
- Dotyczy ono budowy restauracji i punktu informacyjnego przy istniejącej galerii sztuki. Środki pochodzą z Unii Europejskiej, są dzielone przez Agencję Rozwoju Pomorza w ramach Zintegrowanego Programu Odbudowy i Rozwoju Regionalnego - działanie 3,4 mikroprzedsiębiorstwa. Wniosek to jest taka krowa (Michał pokazuje – kilkanaście centymetrów grubości). Pomagała mi w jego napisaniu Agencja Wspierania Przedsiębiorczości przy Urzędzie Miasta w Starogardzie. Sam bym tego nie zrobił. Człowiek niekoniecznie musi być w takich papierach gramotny. Do takiego wniosku musiałem mieć wszystko opisane i zgromadzone wszystkie dokumenty skarbowe od 2003 roku, czyli od początku prowadzenia działalności.


- Jakie to środki?
- W ramach tego programu otrzymuje się dofinansowanie w wysokości połowy kosztów, jakie zostały określone w projekcie. Koszt mojego przedsięwzięcia wynosi 356 tysięcy złotych, a więc dofinansowanie to 178 tysięcy złotych. Takich pieniędzy nie dostały niektóre samorządy w roku... Czasami mówią: „O, tyle forsy dostał i już buduje”. A ja jeszcze ich nie dostałem dostałem.
- A już budujesz.
- Sprzedaliśmy dom, wzięliśmy kredyt. Mieszkamy w wynajętym domku. Te pieniądze będą dopiero potem, jak skończymy. A naszym zadaniem jest wziąć kredyt, sfinansować wszystko w całości - wtedy dopiero może dadzą.
- Może?
- Może, bo nigdy nie ma pewności...
- Pewność chyba jest. Masz przecież na piśmie, że otrzymasz te pieniądze.
- W zasadzie tak. Ja ich rozumiem, że nie dają środków od razu. Że działają w myśl zasady - żeby dostać, trzeba coś mieć. Gdyby dawano pieniędzy do ręki, to by się skończyło tak, jak z tym polskim osoczem... Moim ogromnym autem była to, że miałem już galerię sztuki.
- Jedyną prywatną w powiecie. Próbowali jeszcze Irena i Marek Zagórscy w Starogardzie i zespół redakcyjny „Gazety Kociewskiej” w pałacu przy kanale w Starogardzie. Ale to dawne czasy.
- Od kiedy rozpocząłeś prace budowlane?
- Od 6 października ubiegłego roku.

- Obiekt wygląda już całkiem poważnie. Stan surowy zamknięty. Pułapka dla nowicjuszy budowlanych, którzy nie zdają sobie sprawy, że to nie jest nawet jedna trzecia budowy.
- Jak to będzie wyglądać? Osobno galeria, osobno restauracja?
- Galeria z restauracją razem. Ta, która dotąd istniała, liczyła 65 metrów kwadratowych. A będzie miała 230 metrów kwadratowych. To będzie funkcjonowało razem z restauracją w jednym miejscu. Ktoś zamówi pierogi i na przykład spodoba mu się wiszący obok anioł. Sale restauracji i galerii będą na parterze, u góry pomieszczenia socjalne, w piwnicy magazyny. To nie jest prosta inwestycja. Przykładowo musi być sześć łazienek.
- Kiedy ta galeria z restauracją i punktem informacji turystycznej ruszy?
- Ze względu na kredyty (w listopadzie tego roku spłacam pierwszą ratę – ponad 3 tysiące złotych miesięcznie) robię to bardzo prędko. Chciałbym zakończyć w maju, żeby przez lato już na te kredyty zarobić.

- Usłyszałem dziś o planie
zalania ogromnego terenu między szkołą, torowiskiem a Wdą. Znasz ten plan?
- Nie znam... To świetny pomysł. Miejsce jest znakomite. Właśnie to miejsce brałem pod uwagę, kiedy myślałem o budowie skansenu. Myślałem też, że można by tam urządzić park. Ale zalanie tego miejsca? ...Świetny pomysł. Inna sprawa, że z tego i tak nic nie wyjdzie, jeżeli za to nie wezmą się prywatni ludzie. W ogóle tu, w Czarnej Wodzie, nic się nie stanie, jak się za to nie wezmą prywatni ludzie.
- Mówisz, jakby tutaj rzeczywiście nic się nie działo.
- Bo się nie dzieje. Tutaj ani zimorodek nie przeleci.
- Kiedy zrealizujesz ten projekt, to co dalej?
- Jak już mówiłem, restauracja z galerią nie jest moim największym marzeniem... Skansen, to tak. Nie bierzcie mi skansenu. Na takie przedsięwzięcia Unia daje ogromne pieniądze.

- Spokojnie. Nikt nie bierze. Ciągnęliśmy w „Dzienniku Bałtyckim” wątek budowy kociewskiego skansenu w Szteklinie, ale to były prace, że tak powiem, koncepcyjne. Spełzło na niczym, bo tu nie ma żadnej siły, która by te koncepcje zamieniła w czyn. Tacy już jesteśmy. A młodzi wyjeżdżają do Irlandii. Trochę szkoda, bo było mnóstwo deklaracji pomocy poważnych osób... A ty jednak ciągle myślisz o budowie skansenu?
- Tak i to tu, przy berlince. Szteklin leży z boku. Tymczasem berlinką kilka lat temu przejeżdżało cztery tysiące samochodów. To policzył mój teść, który ma zacięcie statystyka. Teraz pewnie przejeżdża ze dwa razy więcej. W Czersku zrobili studium i wyszło im, że ruch na berlince będzie cztery razy większy niż dzisiaj. Takie zmiany. A kiedy miałem osiem lat, w 1968 roku, graliśmy w Czersku na barlince przy stacji benzynowej w piłkę.

Dziennik Bałtycki
Zima 2007




22 listopada 2000 r. otworzyłem galerię "Ostoja". Nie z jakiegoś uwielbienia do nazwiska. Po prostu przekonali mnie, że to może byc nośne. Zawsze marzyłem o takiej galerii. Marzenia najpierw trzeba mieć, żeby je później realizować.

Wióry pryskają (tytuł prasowy)

Budowa trwała, od momentu wbicia łopaty, 4 miesiące. Wcześniej bardzo szybko, dzięki uprzejmości ludzi załatwiłem wszystkie formalności. Jest to galeria całkowicie prywatnie wybudowana. Towarzystwo Przyjaciół Czarnej Wody sfinansowało część podłogi i wyłożyli mi chodniczek. Miałem pomoc duchową ze strony Starosty, Magdy i Michała Marzeckich, pani Barbary Wiśniewskiej ze Starogardu. Oni mi wszyscy kibicowali.

Całe szczęście, że nikt mi nie powiedział, ile to będzie kosztować. To, co ma się dostać, od razu trzeba podzielić na dwa, a co ma się wydać, pomnożyć przez dwa.

...Więc całkowicie prywatna. Kilka lat temu miałem pomysł, żeby robić z urzędem muzeum aniołów, ale nie miałem dość siły, żeby to przeforsować. Poza tym zacząłem myśleć, że byłoby to dwuznaczne - wyciągać na ten cel publiczne pieniądze. Prywatne, żeby mi żadna mać mądrala nie mówiła, co mam robić. Tu mogę powiedzieć, won za dom. W dotowanych muszą tańczyć, jak im zagrają.

Powierzchnia - 60 metrów kwadratowych, razem z łazienką. Jest miejsce, jest pracownia - wióry pryskają! Taki cel, żeby obserwować rzeźbiarza przy pracy. I są wycieczki, i sporo zapowiedzi wycieczek ze szkół. W szkołach się tym interesują, bo mają tam teraz nauczanie regionalne.

Od początku chciałem, żeby tu były różne dziedziny sztuki. I są: rzeźba -mojego brata Włodzimierza, moje, Jacka Janowskiego ze Słupska (b. sędzia sądu wojewódzkiego), Bronisława Suchego ze Złotowa, są płaskorzeźby przedstawiające ryby autorstwa chłopaka Roberta Oksentowicza z Czarnej Wody; malarstwo - Anna Rak - akwarela, ale pokazująca Kociewie i Kaszuby, Marta Podgórska z Łodzi - pastele, ze Starogardu przywieźli swoje prace Magda i Adam Haras i Józef Olszynka. Jest też plecionkarstwo z korzenia sosny, wiklina i wyroby z rogu Rudolfa Kręckiego - pochodzącego ze Starogardu.

Zakładałem, że nie będzie tu podziału na sztukę ludową i profesjonalną. Jest taka i taka, ale pasja jest ta sama. I jest twórca.
Główne motywy - sakralne i ludowe scenki rodzajowe. Nawiązują do regionu, tutejszej symboliki. Kapliczka przed Czarną Wodą?-Cczy to znak mojego artystycznego terytorium? Coś w tym jest...
Postawiłem Świętego Krzysztofa -patrona drogowców. Można powiedzieć na południowej rubieży Kociewia.
Ale chciałbym coś większego... Chciałbym, żeby przed wjazdem do miasta stał olbrzymi, 5-metrowy anioł z logo galerii; połowa słońca kociewskiego.

Dlaczego anioł, anioły... Może podświadomie? 'Znak czasów - to, że w całej galerii jest parę zawstydzonych diabłów, a cała chmara aniołów. Przyszła moda na anioły. Kiedyś rzeźbiarze rzeźbili więcej diabłów, ja lubię rzeźbić anioły.

W ogóle jest moda na świątki, kapliczki przydrożne. Stowarzyszenie Twórców Ludowych wystąpiło z propozycją zrobienia 2000 kapliczek i krzyży na 2000-lecie. To jest potrzebne, bo Niemcy - nie hitlerowcy, nie faszyści, a Niemcy - zniszczyli ponad 3 tysiące kapliczek i krzyży na Pomorzu Gdańskim.

W zeszłym roku zrobiłem dla państwa Marzyckich w Zielonej Hucie (głębokie Kaszuby, ale pan Marzycki pracuje w Polpharmie) krzyż. Stoi na ojcowiźnie, miedzy lasami w polu jako woto dziękczynne z okazji 25-lecia ślubu. Ma 6 metrów wysokości, a figury ponad 2 metry. Jest coraz więcej zamówień na kapliczki przydrożne, czyli jest zapotrzebowanie.

Mam rentę, jestem na łasce i niełasce klientów. Gdybym nie miał tutaj swoich rzeźb, to mógłbym już zamknąć. Muszę mieć niecałe 2 tys. złotych miesięcznie na utrzymanie galerii. Mogę wystawiać innych, ale nie wszystkich. Wiem, że ludzie by mnie zawalili swoimi pracami, tylu pyta, ale ja mogę przyjąć tylko tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą. Zgadzam się, że to zabija twórczość ludową - ktoś robi coś, chociaż mnie bardziej niż podatki zżera ZUS.

Czy można w ogóle nie dotować? Kiedyś w polskich domach były obrazy. Dzisiaj jest koń ze skóry, wyskakujący z rogu zegara. Edukacja plastyczna jest bardzo słaba. Albo jak to może być, że w Gdańsku prędzej kupi się ciupagę niż wyrób tutejszego artysty? Albo kupujesz wyroby chińskie, albo sztukę murzyńską - jakichś Masajów.

We Włoszech jedna trzecia przychodów z turystyki pochodzi ze sprzedaży pamiątek tamtejszej sztuki. A dlaczego mój ptaszek (ptaszki to jest młócka - siadam i w godzinę robię 8 ptaszków) nie ma być pamiątką regionalną? Ale tu potrzebna jest świadomość, jakiś ruch - na przykład dużo pomógł Ołtarz Papieski. Okazało się, ilu nas jest. Teraz jeszcze miejsce, gdzie mogliby wystawiać. W sumie przecież chodzi o to, żeby w centralnym punkcie mieszkania nie stał jakiś Philips za kilka tysięcy złotych.

Czy tu mogłoby być takie miejsce? Ja ciągle myślę o rozbudowie i o tym muzeum aniołów. Miejsce na drugie skrzydło obiektu jest. Na razie organizuję konkurs na ptaszki im. Jana Giełdona. Atak w ogóle...

Marzy mi się świat bez pitów, deklaracji podatkowych, bo to ciąży jako miecz, że czegoś nie zdążysz albo źle wypełnisz. I bez kas fiskalnych (będę musiał niedługo uruchomić). Nie wiem, czy to są odpowiednie warunki dla rozwoju twórczości... Ale marzę o muzeum aniołów, a najpierw muszą być marzenia, żeby potem je realizować.

Zanotowa Tadeusz Majewski
Tygodnik Kociewski 24.01.2000 r.


Co zostało z marzeń Michała

CZARNA WODA. Galeria sztuki ludowej "Ostoja" Michała Ostoja-Lniskiego to jedno z miejsc, które chętnie zwiedzają turyści i Kociewiacy. Tu można kupić pamiątkę z Kociewia, tu można przyjść też na warsztaty albo spotkanie dyskusyjne. Czy po kilku latach Michał może powiedzieć: "Udało się"? Czy to znak, że takie prywatne placówki mogą się obronić w innych miejscach? Nic podobnego.



Kiedy wymyśliłeś tę galerię?
- Dawno temu. Kiedy już tu zamieszkałem, pomyślałem o miejscu, w którym mogliby pokazywać się i sprzedawać swoje dzieła artyści przez duże i małe "a".
Kiedy już tu zamieszkałeś... Nie jesteś rodem z Czarnej Wody?
- Pochodzę z Czerska, gdzie rzeźbi mój brat Włodzimierz. Mieszkałem między innymi w Toruniu. W Czarnej Wodzie mieszkam od 1990 roku. W 1990 r. zacząłem też trochę rzeźbić.
I myśleć o galerii... Kiedy ten pomysł zacząłeś realizować?
- W połowie lat dziewięćdziesiątych. Złożyłem wtedy wniosek do Urzędu Miasta Czarna Woda. Ten mój pomysł został rozbudowany. Chciałem zrobić placówkę kulturalną, w której jednocześnie byłoby i muzeum sztuki ludowej aniołów, pracownia twórcy ludowego i miejsce, gdzie odbywałyby się warsztaty twórcze, czyli gdzie twórcy mogliby się uczyć tworzyć.

Co z tego pomysłu zrealizowałeś?
- Jedyne, co z tego zostało, to bryła obiektu. Tak to miało wyglądać z zewnątrz, jak teraz wygląda budynek, w której mieści się moja galeria. A szkoda... Pomysł miał wręcz entuzjastyczne opinie - między innymi dyrektora Muzeum Narodowego w Gdańsku i Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Te opinie były potrzebne, gdy zgłosiłem pomysł - jako swojego rodzaju list intencyjny - w Urzędzie Miasta.
Chciałeś, żeby miasto pomogło ci finansowo?
- Chodziło o pomoc organizacyjną i prawną. Chciałem powiązać samorządowe z prywatnym, oczywiście w sensie pozytywnym. Ale losy się tak potoczyły, że zrobiłem to od "a" do "z" sam.
I siedzimy teraz w twojej prywatnej galerii, przy kominku, w przestronnym, dobrze oświetlonym pomieszczeniu. Powiedz coś o tym budynku? Jaki jest duży, ile kosztował.
- Ma około 70 metrów kwadratowych powierzchni. Kosztował z 70 tysięcy złotych.

Kiedy było otwarcie?
- W 2000 roku. Kwiaty, krawaty, pompa, puc, telewizja (gdańska), woda święcona.
Nie dziwota. Wszak otworzyłeś coś niezwykłego nie tylko dla Czarnej Wody. Piszemy teraz sporo o turystyce. Wiele osób, które zawodowo gości turystów z Zachodu, poleca im tę galerię do zwiedzania. Jesteś też, co prawda "napisany" z błędami ortograficznymi, w przewodnikach turystycznych. Jako placówka kulturalna masz jakieś dotacje z Powiatu czy od jakiegoś innego urzędu, instytucji?
- Nie mam. Jestem traktowany tak, jak każdy zakład rzemieślniczo-usługowy. Płacę podatki od nieruchomości. Normalną stawkę - 15 złotych od metra kwadratowego.

A to ciekawe, tym bardziej, że tym razem właśnie przyjechaliśmy tu rozmawiać o rentowności takiej galerii. By polecać takie przedsięwzięcia innym. Podatki to koszty... Jeszcze trochę o historii. I tak sobie ta galeria od 2000 roku stoi w Czarnej Wodzie, w dobrym miejscu, bo przy berlince, przy ulicy Starogardzkiej. Co ciebie przez te kilka lat zaskoczyło, jeżeli idzie o prowadzenie takiej galerii?
- Na początku zaskoczyły mnie przepisy. Żebym mógł w stu procentach legalny sposób wziąć od kogoś rzeźbę, obraz czy jakieś inne dzieło, to ten ktoś musi mieć zarejestrowaną firmę, musi prowadzić działalność gospodarczą. Obowiązuje to do dziś dnia. Szkoda, bo rocznie zgłasza się do mnie kilkanaście nowych osób, które chciałyby coś zostawić w komisie, ale nie mają firm.
A ile osób, które wystawiają tu swoje prace, ma firmy?
- W tej chwili mam trzy takie osoby. Spoza regionu starogardzkiego. Są garncarze z Wilczych Błot (te z powiatu kościerskiego, nie gminy Lubichowo) Anna Rak z Warszawy i Rudolf Kręski z Brodnicy Górnej na Kaszubach... Prawdopodobnie w powiecie starogardzkim jakieś osoby mają zarejestrowane firmy, ale to zapewne nieliczne przypadki.

Jeżeli masz prace tylko od kilku twórców, i to z zewnątrz Kociewia, to czyje są te wszystkie dzieła?
- Połowa galerii to moje rzeczy. Na przykład wszystkie rzeźby są moje. Oprócz tego jest troszeczkę rzeźb, obrazów i grafik - około 50 prac - wypożyczonych z Urzędu Miasta. Urząd Miasta kupował na wernisaże i przejściowe wystawy do tutejszego kościoła, a potem gdzieś były magazynowane. W 2003 roku zaproponowałem im, że wyeksponuję je tutaj i oni się zgodzili.
Ale tych prac nie możesz sprzedać.
- Oczywiście, że nie mogę. A każdą z nich mógłbym sprzedać z dziesięć razy.

A więc od artystów - twórców ludowych, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej, prac nie przyjmujesz. A my w tym numerze piszemy o hafciarkach ze Skórcza. Namawialiśmy je, żeby wystawiły swoje dzieła u ciebie.
- Jakby miały działalność, to bym wziął. Inna sprawa, że hafty bardzo trudno sprzedać... Nie przyjmuję od osób, które nie prowadzą działalności, bo pojawia się wtedy mnóstwo problemów. To tak, jakbym kogoś zatrudniał na umowę zlecenie. Potrzebne są wtedy różnego rodzaju formularze, na koniec PIT-y. Słowem, potrzebna byłaby pełna księgowość. Nie mam na to czasu ani pieniędzy. Już bym wolał zatrudnić jakiegoś rzeźbiarza.

Podsumujmy. Masz galerię, w której połowa to twoje prace. Nasi twórcy, których w powiecie i regionie jest wielu, nie bardzo mogą tu wystawiać i sprzedawać. Co więc zostało, oprócz bryły budynku, z tych pierwszych marzeń?
- Coś zostało. To na przykład, że jednak jest to jakaś nietuzinkowa placówka kulturalna. Wryła się - że tak powiem - w świadomości powiatu i nie tylko powiatu, bo i znacznie szerzej.

Na kominku leży nawet medal: "...za zasługi dla twórczości ludowej".
- To z Gdańska... Co jeszcze zostało... Ja nigdy nie chciałem, żeby tu była tylko wystawa i miejsce, gdzie się wyłącznie sprzedaje. Jest więc też tu miejsce spotkań ludzi, którzy chcą sobie porozmawiać, zaplanować jakieś przedsięwzięcia nastawione na miejscową społeczność. W Czarnej Wodzie dotąd takiego miejsca nie było. Poza tym prowadzę tutaj kółko rzeźbiarskie dla dzieciaków. Kilka dni temu dwoje z nich - moja Marysia i Jacek Żygowski - zdobyło pierwsze miejsca w 34. Konkursie Sztuki Ludowej Młode Ludowe Talenty. Pracą z młodzieżą z przerwami zajmuję się od 12 lat. Kiedyś robiłem to w szkole. W mojej galerii szkolili się też bezrobotni. Program szkolenia dotyczył malowania na szkle, plecionkarstwa i haftu. Przeszkoliło się 29 osób.

Z jakimi efektami?
- To było za krótko. Hafciarki po tych kółkach powinny uczyć się dalej, żeby wyuczyć się dobrze fachu. Ale do dzisiaj się u mnie spotykają. W domu nie ma mobilizacji do pracy, a tutaj, kiedy razem usiądą, jest inaczej. Pracują, a przy tym dzielą się doświadczeniami... W sumie coś z tamtych marzeń jest... Nie trzeba by tego robić, ale każdy ma jakieś obowiązki wobec społeczności, tej małej.
Zbudowałeś galerię za 70 tys. złotych, z kominkiem, ogrzewaniem, łazienką. Żyjesz z niej?
- Dorabiam sobie do renty. Żeby z tego żyć, musiałbym pracować jak czterech. Łatwo policzyć. Mam niecałe 20 tysięcy złotych przychodów rocznie. Odejmijmy ZUS, podatki i zostaje z 10 tysięcy. Odejmijmy inne koszta i przy pełnym ZUS-ie byłoby ze 200 złotych na miesiąc.

A klienci? Jest ich wielu?
- Nie ma tradycji kupowania sztuki użytkowej - dekoracyjnej, ludowej. Są kolekcjonerzy, którzy zbierają dzieła naszych twórców (ja też zbieram), ale ogólnie to ludzie wolą przedmioty produkowane przez maszyny.
W twojej galerii odnosi się wrażenie, że te wszystkie dzieła już się nie mieszczą. Można sobie też wyobrazić mnóstwo dzieł, jakie pokazują się na wystawach, a potem gdzieś się je chowa (np. szopki kociewskie). Załóżmy (zakładać sobie możemy, czemu nie?), że przyjeżdża jakaś Persona, proponuje ci zrobienie z tego galerii kilkakrotnie większej z pomocą środków zewnętrznych. WIELKIEJ GALERII SZTUKI KOCIEWSKIEJ. Wziąłbyś się za to?
- Taką propozycje bym przyjął, ale żeby nikt mi się nie "wcinał". Ale to jest nierealne.

U nas. I jeszcze. A w Starogardzie byś poprowadził taką wielką galerię?
- Jeżeli ktoś by mi dobrze zapłacił, to dlaczego nie? Mam 44 lata, doświadczenie w tej dziedzinie.
Co teraz jest modne. Kociewskie skrzynie wianowe?
- Sprzedają się. Te duże kosztują 600- 700 złotych. Ale najlepiej idą małe ptaszki.
Przed galerią stoi drewniana kapliczka. Robisz także i kapliczki?
- Co roku ze trzy, cztery. Ta, co stoi, jest do wzięcia.

Rozmawiał Tadeusz Majewski
Kociewiak - 2003


kto jest kim

Michał Jan Ostoja-Lniski – właściciel prywatnej galerii sztuki w Czarnej Wodzie. Ur. 3.02.1961 r. w Czersku “Stara Szlachta Kaszubska z tradycjami niepodległościowymi prapradziada – przodek Michał Ostoja-Lniski był marszałkiem Konfederacji Barskiej na Pomorzu. A jego siostra - Konstancja Ostoja-Lniska – matką Józefa Wybickiego – twórcy hymnu narodowego”.
Wodnik - “łagodny choleryk” – sangwinik.
Szkoły – technik chemik w 1986. Gdy wyszedł z wojska, ojciec poradził mu, aby zaczął… rzeźbić.
Praca – ostatnio FMO - Famos w Starogardzie Gd., gdzie był na początku lat 90. przez kadencję przewodniczącym Rady Pracowniczej, od 1997 – rencista.
Srebrny Krzyż Zasługi – 2000 r.
Najważniejsza w życiu jest miłość. Nie lubi tych, którzy się “ślizgają” na innych, cwaniaków, wilków w owczej skórze, nieudaczników, polityków itp. Poza tym nie ocenia nikogo – świat nie jest czarno – biały. Nie nadaje się do wygłaszania mądrości. Milczenie jest złotem.
Od kilku lat nie słucha żadnego radia – wszędzie “pieprzą”. Nie ogląda talk-show. Nie ogląda kiepskich i innych “Polsatów” – bo od tego kurczy się mózg. Ma w domu jeden telewizor i nie używa telefonu komórkowego.
Poglądy prawicowe, od upadku komunizmu z uporem maniaka głosuje na UPR i Janusza Korwin Mikke, mając satysfakcję, że nie zbłaźnili się władzą. Do ostatnich wyborów samorządowych przez 4 lata nie interesował się polityką. Przed wyborami kandydat na burmistrza. Nie znosi politycznej poprawności, uważa się za monarchistę.
Żona Anna była położną, a obecnie jest szefową Galerii i wytrwale pomaga mężowi w pracy, czasem inspiruje.
Dzieci Jakub, Maria, uzdolnione plastycznie i sportowo, uparte i jak tata nadpobudliwe, i bardzo kochane.
Ma to szczęście, że jego praca jest jednocześnie jego hobby – to rzadkie i potrafi to docenić. Czynnie uprawia tenis, piłkę nożną w drużynie Oldbojów - w ataku i ciężko go zrzucić z boiska. W 1999 w kociewskiej lidze Oldbojów był wicekrólem strzelców – 20 bramek w 12 meczach. Muzyka – Mozart i Genesis. Ulubiony pisarz - Herling Grudziński i Łysiak. Marzenia – Florencja, narty, świat bez głodu, cierpienia i PIT-ów.

Tadeusz Majewski
Tygodnik Kociewski - 2002