Drukuj
niedziela, 24 czerwca 2007 00:00

MIROWO PARK


Mirowo (gmina Skarszewy - 2 km od szosy Starogard - Gdańsk) ) nie jest wymieniane w przewodnikach po Kociewiu. A szkoda. To tutaj jest jeden z najciekawszych parków w powiecie starogardzkim.  Niestety, podobnie jak tutejszy pałacyk - zaniedbany przez prywatnego właściciela, podupada. Niemniej warto - kto lubi przyrodę i założenia starych parków przydworskich - tu przyjechać.  Tym bardziej, że można obejrzeć przy okazji drugą atrakcję - przeogromną żwirownię, z której żwir jest wożony na A1.

Reportaż o Mirowie
Mirowo, gm. Skarszewy. Sprzedano pałac, park. I to teraz popada w kompletną ruinę.

Może zrobią wreszcie porządek?

Istne Kongo
Mirowo leży na krańcu powiatu starogardzkiego w gminie Skarszewy. Słynie ze doskonałego żwiru. Trudno stąd  dojechać autem szosą (2km) do szosy Godziszewo – Gdańsk, bo wąska i co kilka minut walą nią ciężarówy po i ze żwirem.
- Panie, od czasu jak zaczęli budować autostradę, to my tu mamy istne Kongo – mówi obywatelka Mirowa. - Jeżdżą na okrągło, w nocy też.
Żwirownia przez trzy lata zrobiła się gigantyczna. Ogromne hałdy, wiszące nad nimi jak  dinozaury taśmociągi, wielkie kopary. Za hałdami olbrzymie sztuczne jezioro. Ruch jak diabli. Ale to nas dzisiaj interesuje marginalnie. Przyjechaliśmy zbadać, co dzieje sie z najciekawszym parkiem w powiecie i sprzedanym przez gminę pałacem.

Krótka historia
Tutejszy zespół - jak to się fachowo mówi - parkowo-dworski należał do Paula Heringa -  o czym opowiadała nam trzy lata temu mieszkanka Mirowa Helena Myszkier. Do Heringa, czyli Śledzia. Śledź dobry był człowiek. O tym powtarzał pani Helenie jej ojciec Bernard Meyna. Trudno się dziwić, że chwalił – pięciu Meynów chodziło do Śledzia do roboty, a jeden to nawet „kuczrem jeździł, z lampami z przodzi”. W okresie przedwojennym na tym oddalonym o 3 km od granicy z Wolnym Miastem Gdańsk majątku pracowali prawie sami Polacy, podobnie w okupacji. W 1945 r. Hering w czasie wielkiej ucieczki dostał pod Gdańskiem kulkę albo i odłamek, co zresztą jest mało istotne, bo skutek był jeden - śmiertelny. Pałac przetrwał, gdyż, tak samo jak w tym bolesławowskim, zamieszkał tu na kilka tygodni sztab Ruskich. Po wojnie – wiadomo – PGR. Na szczęście krótko.  15 sierpnia 1958 r. powstała w obiekcie szkoła. Za dyrektora Jerzego Gołuńskiego uczyło się w niej nawet 132 dzieci. Wtedy budynek były w przyzwoitym stanie. Park też - oczko w głowie Gołuńskiego. Już w nowej Polsce – w III RP – szkołę zamknięto, a gmina sprzedała pałac i park osobie prywatnej. I teraz w tej części wsi też zrobiło się Kongo, ale ciche.

Pod drzewem był sklep
W Mirowie ludzie są otwarci. Podejdziesz, zapytasz o pałac, park – wezmą prawie pod mankiet i oprowadzą. Tak jak Jadwiga Hoffmann. Mieszka tu od 1954 r., od momentu, kiedy to została urodzona mówiąc metaforycznie na podłodze w domu. Jej rodzice – Rozalia i Antoni – pracowali tu w okupacji. Rozalia z domu Jurczyk została z siostrą wysiedlona spod Kościerzyny i tu skierowana na roboty.   
- Dzieciństwo tu miałam wspaniałe – opowiada pani Jadwiga, rozgarniając śnieguliczki i jakieś inne samosiejki zarastające parkową alejkę.  -  Wszystko rozgrywało się tu, w tym parku. Grelim w karty, prowadzilim sklep. Boże, jak tu było pięknie! Przede wszystkim bawiliśmy się w sprzedaż. O, pod tym drzewem. Rozalia Stybrowska i Małgosia i Bożena Niemczyk też. I inne dzieci. W tym sklepie albo ktoś miał cukierki, albo coś innego. Ja przynosiłam z domu  kakau z cukrem. Pomieszelim i był smakołyk.
Drzewo rozkłada nad panią Jadwigą wielkie, dobre palce. A pani Jadwiga? Wyciera łzy. Otwiera się księga wspomnień, która nijak ma się do teraźniejszości.

Kiedy była szkoła
Odszukujemy inne drzewo. Jakby siodełko. Odszukujemy, bo po alejkach jej dzieciństwa nie ma śladu. - Tu żeśmy się  w tym siodełku chowali – wspomina dalej pani Jadwiga. - A w szkole? Za mnie chodziło 112 osób. Szkoła była wspaniała. Dyrektor Jerzy Gołuński też. Jakiś problem? Poszedłeś do niego. Zawsze udzielał pomocy. To był człowiek z powołania. Nieraz skarcił. Miał ładny kijek z czubkiem. Czasem przez końce palców przejechał i wystarczyło. Człowiek dostał i nie narzekał, że źle. Pan Gołuński jeszcze mówił, by w domu nie opowiadać, bo po co drugi raz knapy mieli oberwać? A teraz, jak dziecko dostanie od nauczyciela, stawiają się dzieciaki i rodzice. I rodzice, i dzieci jeszcze przy nauczycielu dyskutują, że się nie powinno. Co za czasy. Potem była filia. Starsze dzieci wzięli do Godziszewa, a tu było do trzeciej klasy. Miała je pod sobą Eugenia Latoszewska. Cudowna kobieta. Jakby się coś stało, to ci z pomocą przyjedzie w nocy. Cudowna po dziś dzień. I zawsze bardzo była za sprawiedliwością.
Przerywamy rozmowę. Nadchodzi grupka młodzieży. Prosimy ładnie, by zawrócili i jeszcze raz zawrócili, i szli na obiektyw. Jakby grali w filmie. A to po to, by pokazać rozmiary ogromnej topoli. Człowiek przy niej staje się pioneczkiem.

Kto to ma
- Kiedy to wszystko było sprzedawane, nikt w Mirowie nic nie wiedział. Ja usłyszałam o tym raptownie. Zaraz po sprzedaży Wiechu Dering był stróżem i opalał. A potem już zaczęło popadać w ruinę. Jeszcze niedawno były schody zakończone kulami. Teraz nawet ich nie ma... Kto to kupił? Nikt nie wie. Od czasu do czasu przyjeżdżają tu samochody. Wysiadają jacyś ludzie, oglądają. Ale to już ruina. A ile było wcześniej warte? Weź pan logicznie, same mieszkania. Łazienka u góry, na dole, salon. U góry 5 klas. Ładny taras, dziś najbardziej rozwalone miejsce.
Pani Jadwigo, dlaczego wieś nie reaguje, widząc takie szkody?
- A gdzie mamy się spotkać? Pod tym dębem?
Faktycznie, dąb. Wielki jak wszystkie inne tutaj drzewa. No nie, na zebrania miejsce kiepskie.
- Zebrania to mamy tylko wtedy, kiedy trzeba wybrać sołtysa. I jeszcze teraz będzie – w sprawie wodociągu. A jak była szkoła, to nauczycielka otwierała salę i się odbywało. Był też we wsi klub, zbudowany w czynie ze świniarni. Teraz mają tam mieszkania.